Powered By Blogger

Fanpage Anna Lena z Zatoki Literackiej

niedziela, 12 lipca 2015


MONIKA MARIN
 „KRONIKI SALTAMONTES – TAJEMNICZE BRACTWO”

Pochodząca ze Szczecina autorka Monika Marin na tegoroczny Dzień Dziecka – wszystkim dzieciom, ale także dorosłym czytelnikom –  sprawiła nie lada niespodziankę, wydając drugi tom cyklu przygodowego Kroniki Saltamontes. Tajemnicze bractwo.

Niewtajemniczonym w klimat fabuły (jeszcze niewtajemniczonym) – należy się krótkie resume w postaci kilku kronikarskich zdań zachęcających do przeczytania pierwszego tomu cyklu pt. „Ucieczka z mroku”. Bohaterami są dwaj chłopcy: ośmioletni Adam (w życiu posługujący się głównie sercem i intuicją) oraz starszy, około dwunastoletni o imieniu Aleks. Chłopcy natrafili na siebie w sierocińcu w Szczecinie. Przyjaźń która ich tam połączyła, bardzo szybko przerodziła się w braterską więź. Kiedy czytelnicy poznają historię tych chłopców, dobiega końca II wojna światowa, a z nią trwa ewakuacja domu dziecka do Heidelbergu w Niemczech. Wiele nieoczekiwanych sytuacji sprawia, że losy chłopców zostały rozdzielone. Przewidując taki scenariusz, chłopcy obiecali sobie jeszcze w sierocińcu, że miejscem docelowym do którego każdy z nich będzie podążać – będzie wylosowana przez nich na mapie wioska Iliano we Włoszech. A pomagać będzie im w tym skonstruowana przez obu maszyna do produkowania szczęścia, która odnajdzie ich dla siebie oraz odnajdzie dla nich szczęście w ramionach nowych, kochających rodziców. Co ważne, i stanowi główny wątek powieści, Adamowi podczas tułaczki po powojennej Europie, oprócz przyszywanej rodziny dla niego i Aleksa, udaje się natrafić w mrocznych tunelach podziemnego miasta w Cahors na ślady istnienia tajemniczego Bractwa Saltlamontes, którego symbolem jest niepozorny konik polny…
Od tego momentu w życiu chłopców już nic nie będzie takie samo …


I oto do rąk czytelnika trafia kolejny tom cyklu. Bohaterów powieści spotykamy po pięciu latach od zakończenia II wojny światowej (o pięć lat starszych). Po nitce do kłębka – poznajemy dokładniejszą historię, jak dotychczas, bardzo tajemniczego Bractwa Saltamontes. Poznajemy kustosza Bractwa o symbolicznymi i bardzo literackim imieniu – Horacy. A także podszywającego się pod jego osobę demagoga, którego wielkim pragnieniem jest przywłaszczenie sobie dóbr materialnych i wytworów niematerialnych zgromadzonych przez Bractwo przez stulecia istnienia.

ZANIM ROZPOCZNIECIE  LEKTURĘ – WASZĄ UWAGĘ PRZYKUJE…

Zamieszczone w książce ilustracje są bardzo dopracowane, a przede wszystkim klimatyczne, i jak się okazuje z fabułą tworzą zgodną całość (bo jak pokazuje doświadczenie, nie zawsze idzie to w parze). Mnie zainteresowało w nich to, jaką to mityczną i religijną symbolikę odkrywają przed czytelnikami czyli to, co akurat autorka Monika Marin zaszyfrowała we fabułę. Już sama okładka - jako pierwsza skupia na sobie uwagę… Tak sobie pomyślałam, że jej autorzy znaleźli się pod niesamowitym wrażaniem fresku Michała Anioła pt. „Stworzenie Adama”. A to dlatego, gdyż na pierwszym planie okładki umieścili dłonie Adama oraz jego Stwórcy na tle wzburzonego morza. Dzieło to nawiązuje do sceny ze Starego Testamentu, a dokładnie z Księgi Rodzaju, w której Bóg powołuje do życia pierwszego człowieka. I cóż to za niezwykła zbieżność, gdyż jednym z bohaterów powołanych do życia przez Monikę Marin jest właśnie Adam, który niczym pierwszy człowiek swojego Stwórcy okazuje się być bardzo ważny dla Bractwa Saltamontes (które dostrzega w nim swojego opiekuna, strażnika oraz wybawiciela od czarcich mocy fałszywego Horacego). A jak księgi Bractwa głoszą, Adam jest właśnie tym wyczekiwanym przez dziesięciolecia chłopcem, o niezwykłej intuicji i nadprzyrodzonym konstruktorskim umyśle, który miał pojawić się w krytycznym momencie, aby uratować zarówno Zgromadzenie, jak i podziemne miasta rozsiane pod Europą, które są ostatnimi bastionami wolnej myśli, prawdy, przyjaźni, miłości i innych niemierzalnych wartości. Bo w końcu głównym powodem ich powołania przed wiekami było uratowanie szlachetnych ludzi, ich dóbr materialnych oraz wytworów kultury niematerialnej.

Aby misja ratunkowa powiodła się, Adam wiedziony jakimś niesamowitym instynktem oraz intuicją, po raz kolejny musi przemierzyć pół Europy (blisko 2000 km z Iliano we Włoszech do Rondy w Hiszpanii) do miejsca, gdzie oczekuje go Horacy. A Horacy, to nie kto inny, jak tajemniczy nestor, który pojawiał się w snach Adama już w pierwszym tomie powieści – niczym Anioł Stróż, zapowiadając w nich swoją obecność na stronach kolejnego tomu cyklu. Horacemu bez wątpienia przyświeca misja uwalniania z Mroków Ciemności dobrych, szlachetnych ludzi, wiodąc ich ku przygodzie w odkrywaniu Tajemniczego Bractwa.
I w tym momencie już nie mogę doczekać się trzeciego tomu cyklu, który ma ukazać się jeszcze w tym roku kalendarzowym.

PS. A Pani Monice Marin dziękuję za egzemplarz autorski z przeuroczą dedykacją…


Poleca
Anna-Lena z Zatoki Literackiej




sobota, 6 czerwca 2015



„BESTIA” – POSZUKIWANA ŻYWA LUB MARTWA

A jeśli tak w miejscowości, w której mieszkasz, pracujesz, uczysz się – grasuje seryjny morderca, który na swoim koncie ma już kilka istnień ludzkich? Policja dla dobra śledztwa nabrała wody w usta, lokalne media jak sępy krążą nad tematem, zaś sparaliżowana strachem społeczność dla zneutralizowania strachu tworzy niestworzone historie o mordercy – jako o bestii, która wygląda jak nie z tego świata?    
 
Autor polecanego przeze mnie thrillera pt. „Bestia” - Piotr Rozmus (rocznik 1983) jest absolwentem doradztwa psychospołecznego, socjologii oraz profilaktyki społecznej i resocjalizacyjnej. Po godzinach, kiedy ma tylko przerwę od pracy zawodowej – czyta powieści sensacyjne, a od jakiegoś czasu pisze własne. Twórczość Koontza, Kinga, Mastertona czy Browna jest „obowiązkową” w jego prywatnej biblioteczce. A i wpływy tych autorów stały się bardzo wyraźne w jego debiucie. Na co dzień autor mieszka w urokliwym Szczecinku. Miejscowość ta stał się również planem, w którym rozgrywa się większa część powieści „Bestia” (mamy tutaj nakreślony portret psychologiczny miasteczka; jego władzy, policji, lokalnych mediów, społeczności, z próbą odpowiedzi na pytanie, jak te struktury radzą sobie z chwilą pojawienia się zagrożenia w osobie seryjnego mordercy). Poznajemy Szczecinek także topograficznie. Dzięki fabule dowiadujemy się, że leży on nad pięknym jeziorem w województwie zachodniopomorskim, że ma okazałe parki, niezmierzone bunkry z czasów II wojny światowej czy zabytkową wieżę Bismarcka, która stała się świadkiem makabrycznych zbrodni dokonanych przez powieściową bestię. Miejscem akcji jest również Szczecin i jego wielkomiejski świat, w którym po traumatycznych wydarzeniach próbuje na nowo „poskładać się” przechodzący właśnie na emeryturę – funkcjonariusz policji Robert Donovan. (Autor uczynił go w powieści synem Polki i Amerykanina). Donovan obiera Szczecinek, wydawałoby się, że na resztę swojego życia (tam mieszka jego rodzona siostra z rodziną). Miasteczko staje się dla niego przede wszystkim miejscem, w którym zamierza ukryć się przed gangsterem – pseud. Łezka. Który kilkanaście lat  temu aresztowany przez Donovana, obecnie wychodzi na wolność. A jak nie trudno się domyślić  – żaden gangster nigdy nie wybacza, tym bardziej policjantowi, który go zaaresztował. A Łezka rzeczywiście po wyjściu z więzienia obrał sobie za cel upolowanie sobie Donovana, niczym dzikiego zwierza.
Powieść rozpoczyna się jeszcze w czasie II wojny światowej (prolog) w niezmierzonych bunkrach Szczecinka. Właśnie tam zrodziło się zło, które w czasach współczesnych (w fabule jest rok 2012) osiągnęło swoje apogeum, zbierając swoje pokłosie.
Piotr Rozmus bardzo umiejętnie skonstruował portret psychologiczny seryjnego mordercy. Szczecineccy policjanci będąc w toku śledztwa nad zabójstwem dwóch kobiet, nad porwaniem dzieci oraz będąc w procedurze śledztwa nad zamordowanym i oskalpowanym przez bestię kierowcą nocnego autobusu miejskiego, przy współpracy Donovana, biegłego psychiatry czy lokalnych mediów, powątpiewają czy w ogóle mają do czynienia z człowiekiem?! Łapiąc się dość często na myśleniu, że podążają za samym diabłem. I tutaj nie pomylili się, gdyż bestia zrodziła się pod ekspresją rytualnych mszy satanistycznych, odbywających się w podziemiach Szczecinka, i to już od kilkudziesięciu lat. A jak wykazało śledztwo, proceder ten stał się prawie że przedsięwzięciem rodzinnym, przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Na dobrą sprawę, to kim okaże się guru sekty (który z bohaterów powieści nim jest) oraz jakimi defektami natury naznaczona jest tytułowa bestia – myślę że może zaskoczyć nawet  najbardziej wprawionych w zagadkach kryminalno-literackich – czytelników.
Mnie zapadło w pamięć szczególnie jedno zdanie powieści, które zdołało wprowadzić mnie w klimat grozy, sprawiając że ciarki przeszły mi po plecach, i to nie jeden raz, a i serce zabiło szybciej. Jest to zdanie, które opisuje moment, kiedy tytułowa bestia na oczach czytelników ma zamiar dokonać swojej pierwszej zbrodni. W miejscu tragedii późnym wieczorem, zimową porą w okolicach wieży Bismarcka w Szczecinku mamy trzech bohaterów: przyszłą ofiarę, którą jest młoda dziewczyna, bestię oraz wronę…: 

„Trzy serca biły w zwariowanym tempie, a za moment miały, o ile to możliwe, bić jeszcze szybciej. Jedno z przerażenia, drugie z podniecenia, a trzecie z ciekawości…” (s. 16).

Według mnie autor „Bestii” udowodnił, że stopniowanie napięcia jest jego mocną stroną. Debiut literacki jest udany, iście z piekła rodem. Dlatego z niecierpliwością czekam na kontynuację wątku, którą autor już jakiś czas temu zapowiedział. Tymczasem kilka tygodni temu na rynku wydawniczym ukazał się kolejny thriller autora pt. „Kompleks Boga”, który również zakotwiczony jest w jednym z miast w województwie zachodniopomorskim.
Ale tymczasem polecam Wam „Bestię”, która grasuje po Szczecinku – oczywiście tym powieściowym – ale myślę, że także miasteczku godnym odwiedzenia nie tylko literacko.


 [Anna-Lena z Zatoki Literackiej]